główna Floating Trippin' Festivalo festiwaluprogram festiwalupartnerzyfloating tripping blogkontaktrelacjedla prasyftf 2011 tourstrona główna galeria


relacja 1

FLOATING TRIPPIN' - The Culture 2011 Tall Ships Regatta

Ostatni rzut okiem na listę niezbędnego wyposażenia, szybka ocena ilości czasu pozostałej do startu i szalony rajd taksówką po zakorkowanym Szczecinie. Tak właśnie rozpoczęła się kolejna podróż pod banderą Floating Trippin'. Tym razem dzielna załoga złożona z garstki szczurów lądowych zamierza stanąć w szranki z flotą największych żaglowców naszego globu i odwiedzić urocze zakątki morza Bałtyckiego.

Pierwsze zadanie polegało na dotarciu pociągiem do Gdyni i zamustrowaniu na szczecińskim jachcie Camelot, którym następnie wyruszyliśmy w rejs odbywający się w ramach imprezy 2011 Tall Ships Regatta. Zawody składały się z dwóch etapów, z przystankami w Kłajpedzie, Turku i finałem w Gdyni.

Zobaczcie:
- stronę organizatora Sail Training International
- informacje o jachcie Camelot
- opis imprezy na Globtroter
- galeria zdjęć na facebook, nr 1
- galeria zdjęć na facebook, nr 2
- galeria zdjęć na facebook, nr 3


Cały dzień upłynął nam na przygotowaniu jachtu oraz pospiesznym usuwaniu ostatnich (jak nam się wtedy wydawało) usterek. We wtorek zaprowiantowaliśmy łajbę, odbyliśmy tyleż wszechstronne, co błyskawiczne szkolenie, zakończone testem w postaci przećwiczenia śmiałego manewru podpływania pod portową stację benzynową. Dzięki uprzejmości sympatycznego pracownika stacji, który nie zważając na fakt, iż dzień jego pracy zakończył się już jakiś czas temu, pozwolił nam zatankować jednostkę do pełna i dostojnie opuścić port, uszkadzając jedynie lekko drabinkę wejściową naszego jachtu.

Tutaj nastąpi parę słów odnośnie załogi, która brała udział w rejsie:


Przemek
Kapitan "Camelota". Jako jeden z niewielu członków załogi wie co oznacza "zaształować ładunek" oraz umie poprawnie zaknagować szpring rufowy. Wie również, że cumy muszą iść przez kluzę, a podczas uroczystego opuszczania portu nie wypada trzymać rąk w kieszeniach, nie wspominając już o popijaniu piwa na burcie. Na pokładzie Camelota odkrył w sobie nieznaną wcześniej pasję pokładowego mechanika, która wypłynęła przy okazji niekończących się usterek silnika. Posiadacz niesamowicie cierpliwej partnerki, która studzi jego gorący, momentami, temperament.




Karolina
Druga Połówka naszego kapitana. Dobry Duch załogi. Ekspert w znajdowaniu zagubionych rzeczy, na których wszyscy już dawno położyli krzyżyk. Jeden z niewielu, obecnych na pokładzie, posiadaczy patentu sternika.








Maciek
Pochodzący z Krakowa oficer z bogatym, żeglarskim doświadczeniem. Dzielnie przejął na siebie dużą część obowiązków, które w normalnych warunkach wypełnia załoga, o ile nie jest złożona z garstki miejskich szczurów lądowych. Towarzyszył nam do momentu zawinięcia do portu w Kłajpedzie.


Marek "Scubi"
Główny sprawca zamieszania o nazwie Floating Trippin'. Inicjator wszystkich naszych wypraw, imprez i festiwali. Nawet w sytuacjach beznadziejnych wykazuje niezmąconą siłę spokoju i potrafi wyjść obronną ręką z każdej opresji. Posiadacz imponujących dreaddów, który chleb jadł z niejednego pieca, a w życiu imał się wszystkich możliwych zawodów-od prac na budowie, przezwajania silników elektrycznych, aż po granie w rockandrollowych i bluesowych kapelach i etat menedżera najbardziej znanego szczecińskiego bluesowego klubu.




"Stanek"
Posiadacz podstawowego doświadczenia żeglarskiego, które wykorzystywał podczas intensywnych sesji gotowania, gdy połowa załogi umierała z powodu bezlitosnej, morskiej choroby. Poza tym zapalony piłkarz-ojciec naszego jedynego sukcesu sportowego, który szerzej opisany zostanie w dalszej części tekstu.






Januszek
Przyjaciel ekipy Floating Trippin', właściciel drukarni Pepper Print-jedynej, która jest w stanie sprostać naszym nieakceptowalnym dla żadnej innej firmy terminom i warunkom płatności. Zdeklarowany fan kulinarnej turystyki-niestraszne mu smażone patyczaki, czy skorpiony na patyku, smażone w głębokim oleju. Dzięki okazjonalnym sprzeczkom z, obecną również na pokładzie, miłością swojego życia dostarczał ekipie sporo rozrywki o charakterze "telenowelowym".

Agatka
Wiecznie uśmiechnięta dziewczyna Januszka, zapalona tancerka. Nieodłącznie towarzyszy Januszowi w jego kulinarnych podbojach globu. Zręczna szwaczka, pomagająca w cerowaniu naszych, dziurawych nieco, żagli. Mimo braku objawów choroby morskiej wielodniowy rejs mocno dał jej w kość.


Boguś

Posiadacz kilkuletniego morskiego doświadczenia, były członek załogi Fryderyka Chopina, Pirat z Karaibów. Jako pierwszy pokazał załodze jak przygotować obiad na wysokiej fali, wprawnie chwytając latające garnki i talerze, czym wzbudził zarazem podziw i przerażenie załogi. Nieoficjalnie pełnił na statku obowiązki bosmana.





Ania
Na statek zamustrowała u boku Bogusia, który wprowadzał ją w arkana żeglarstwa. Druga, obok Agatki, mistrzyni tańca wszystkich styli. Uwielbia pozować do zdjęć, na których zresztą zawsze wychodzi rewelacyjnie.


Kuba
Dwumetrowy zawodnik wagi superciężkiej. Windykator z zawodu, harleyowiec z zamiłowania. Pierwszy gadżeciarz III RP, posiadacz wielkiego serca i nie mniejszego poczucia humoru.








Andrzej
Kolega Kuby "po motocyklu". Razem z nim i kapitanem spędzał długie godziny na próbach reanimacji chimerycznego silnika napędzającego łódkę. Były krawiec, obecnie stolarz, znany z umiejętności naprawienia wszystkiego, czego się dotknie, mając do dyspozycji symboliczną ilość narzędzi i taśmę klejącą. Fan sportów ekstremalnych, świeżo upieczony paralotniarz.


Sebastian
Znany także jako "Cycu", do niedawna grywał we Free Blues Clubie pod pseudonimem Dr.FunkYou. W weekendy niepoprawny imprezowicz, a na codzień poprawny inspektor, badający jakość spoin w kadłubach remontowanych statków. Główny sprawca głośnej na cały port imprezy w Kłajpedzie, w trakcie rejsu najdłużej trzymany w kleszczach obezwładniającej morskiej choroby.















Jacek
Dołączył na jacht w Kłajpedzie, wymieniając się z Januszem, Agatą, Bogusiem i Anią. Nie odzywa się często, lecz zawsze w odpowiednim momencie. Przejął pałeczkę po Kubie i Andrzeju i wraz z Przemkiem ratował silnik na ostatnim etapie rejsu. Posiadacz patentu żeglarskiego, który potrafi spalić więcej od naszego diesla.






Michał "Sambi" Samborski
Do rejsu dołączył dopiero na jego ostatnim etapie. Stały członek ekipy Floating Trippin'-główny autor fotorelacji z wypraw i imprez. Mimo, iż (z racji zawodu) jest związany z branżą morską od ładnych paru lat-na pokładzie jachtu stanął po raz pierwszy. Być może dlatego nie pomyślał o tym, aby zabrać ze sobą coś cieplejszego niż bluza z kapturem i bardziej nieprzemakalnego niż rozwalające się trampki, a na lotnisku wylądował bez ani jednego Euro w kieszeni. Zgodnie z zasadą "damy radę" na miejsce dostał się dzięki uprzejmości napotkanego na lotnisku Fina, a na pokładzie łódki znalazł gustowny, jaskrawopomarańczowy sztormiaczek i o 4 rozmiary za duże gumofilce. Z nieziemską cierpliwością znosił 2-godzinne wiszenie nad pracującym silnikiem z rękami po łokcie w ropie i oleju, dzięki czemu jacht nie skończył jako podziurawiona dekoracja przybrzeżnych, fińskich szkierów podczas opuszczania Turku.

Ada
19-letnia Żeglarka pochodząca ze stolicy Wielkopolski. Porwana przez nas z pokładu "śmiałego" na ostatnim etapie regat, nieświadoma jeszcze faktu, że przyjdzie jej utknąć na długie godziny na wyspie Nagu, z powodu kolejnej awarii silnika. Uwielbia słodycze i fińskie sudoku. Przyszły sternik i kapitan lodołamaczy, brała udział w Tall Ship Races 2010. Kazała z tego miejsca serdecznie pozdrowić "Przedszkole i jej drugą połówkę".

Łukasz
Książę zamku w Nidzicy, podstępnie zwabiony z ekipy "4 oceans" po wypłynięciu z Turku. Wraz z Adą zaniżał średnią wiekową załogi. Nieco zmartwiony dłuższym pobytem w Nagu, lecz pełen nadziei na waleczny rejs na pokładzie Camelota Doświadczenie w żeglarstwie: sternik jachtowy, brał udział w Historical Seas Tall Ships Regara 2010. Wraz z Adą również pozdrawia "Przedszkole i jej drugą połówkę".

Villa
Szalony Fin. Na pokładzie znalazł się w niejasnych okolicznościach, których sam do końca nie pamięta. Do załogi dołączył podczas spontanicznej imprezy, która odbyła się po awaryjnym cumowaniu na wyspie Nagu, spowodowanym gasnącym co parę minut silnikiem. Główny sponsor ogromnej ilości jedzenia, które zakupiliśmy ostatniego dnia, dzięki czemu w kwestii stanu lodówki mogliśmy stawać w szranki z największymi żaglowcami, pokroju "Daru Młodzieży".



Rejs do Kłajpedy, pomimo wspaniałej pogody i pomyślnych wiatrów, upłynął nam pod znakiem niekończącego się usuwania pojawiających się raz po raz usterek, okropnymi pulpetami w sosie własnym i chorobą morską, targającą znaczną część załogi, która jachty co prawda widziała, ale jedynie na Wałach Chrobrego.

Wszystkie te nieprzewidziane atrakcje niewątpliwie pozwoliły wykazać się naszej dzielnej ekipie. Wiele osób odkryło w sobie głęboko ukryte wcześniej talenty z zakresu mechaniki, hydrauliki, elektryki oraz medycyny naturalnej.

Jedną z naszych ulubionych czynności stało się zasysanie paliwa podczas rozlicznych napraw silnika. Podobno regularne goszczenie ropy naftowej w jamie ustnej prowadzić może do wypadania zębów. Czyżby Neptun, nie mogąc nękać nas w XXI wieku szkorbutem, znalazł sobie inny sposób na pognębienie marynarzy? W tym miejscu chcielibyśmy serdecznie podziękować doświadczonym żeglarzom w osobach Maćka, Przemka, Karoliny i Bogusia, którzy dzielnie bronili załogę przed pułapkami zastawianymi na nas raz po raz przez Władcę Mórz i Oceanów, radząc sobie z serwowanymi przez niego niespodziankami.

W tej oto sielankowej atmosferze, wstępnie zaprawieni w morskich bojach, dotarliśmy w czwartek nad ranem do pierwszego portu-Kłajpedy, gdzie regaty miały oficjalnie się rozpocząć.

Już od momentu zacumowania przy kei nasza jednostka została otoczona szczególną opieką organizatora. Tuż po (udanym tym razem) manewrze zawijania do portu, na pokładzie Camelota pojawiła się urocza Indre, która ku uciesze męskiej części załogi, oświadczyła że pozostaje do naszej dyspozycji podczas całego pobytu jednostki w mieście. Zazwyczaj podczas regat grupa wolontariuszy opiekuje się załogami, pomagając w kwestiach organizacyjnych i towarzysząc gościom w licznych atrakcjach, przygotowanych z tej okazji przez miasto goszczące przyjezdnych. Nasz kapitan podjęty został uroczystym obiadem,a reszta załogi zabrała się do przygotowania planu uczestnictwa w zawodach sportowych i akcjach kulturalnych.

Do niewątpliwych sukcesów możemy zaliczyć zwycięstwo w pojedynku piłkarskim z załogą rosyjskiej jednostki Mir. Warto zaznaczyć, iż sam jacht jest dłuższy od Camelota o prawie 78 m, a więc i liczebność obecnej tam załogi była proporcjonalnie większa. Nie zraziło to jednak Stanka-naszego selekcjonera i kapitana w jednej osobie, który dołożył wszelkich starań, aby nie pozostawić w tym starciu szans naszym wschodnim sąsiadom.

Swoich sił załoga próbowała również w zawodach siatkówki plażowej, lecz ich wynik postanowiliśmy dyplomatycznie przemilczeć, podobnie zresztą jak próby startu w zawodach w siłowaniu na rękę...

Bądźmy jednak szczerzy-ekipa Floating Trippin' mimo, iż sportowych aktywności nie unika, to jednak jej niekwestionowaną specjalnością od zawsze były działania o charakterze kulturalno-muzycznym. I tutaj-możemy z czystym sumieniem powiedzieć, że zdeklasowaliśmy całą konkurencję. Dzięki uprzejmości agencji muzycznej "Onomatopeja" mieliśmy na składzie dwa słusznej wielkości aktywne głośniki oraz profesjonalne oświetlenie sceniczne. Znany m.in. z Free Blues Clubu Dr FunkYou, znany z tego, że nigdy nie wychodzi z domu, nie mając pod pachą konsoli didżejskiej, doskonale wiedział jak cały ten osprzęt wykorzystać i rozkręcił na pokładzie Camelota imprezę, jakiej port w Kłajpedzie jeszcze nie widział. Wieczorne party wprawiło sąsiednie jednostki w pozytywne wibracje, a ludzie przechodzący nieopodal spontanicznie zmieniali krok z marszowego na taneczny. Przy dźwiękach bardziej i mniej znanych funkowych klasyków zapraszaliśmy zainteresowanych na, odbywające się niebawem, szczecińskie regaty. W promowaniu uroków stolicy Zachodniopomorskiego swój udział miały także, słynące z nieprzeciętnej urody, polskie dziewczyny, które tańcząc na pokładzie zwracały na siebie uwagę nie tylko męskiej części przechodniów. Pojawił się nawet plan przeprowadzenia podobnej imprezy na Darze Młodzieży, szyki pokrzyżowała jednak deszczowa pogoda, która towarzyszyła nam przez cały następny dzień.

W niedzielę rano wymianie uległa część załogi-opuścili nas Janusz z Agatką oraz Boguś z Anią, a na ich miejsce na pokładzie zawitał "człowiek-orkiestra" o imieniu Jacek. Następnie-po odbyciu uroczystej parady-opuściliśmy niezwykle gościnną Kłajpedę. Pożegnaliśmy się również z przesympatyczną Indrie, od której dostaliśmy nawet list pożegnalny (i to nie zawierający bynajmniej pogróżek ;).


Uroczyste wyjście z portu i sztywny szyk bojowy jednostek to ceremoniał, który na długo pozostanie w naszej pamięci. Była to również wyjątkowa okazja do wykonania pamiątkowych zdjęć żaglowców w pełnej okazałości. Wrażenia były naprawdę niezapomniane i zrekompensowały nam z nawiązką wszystkie uciążliwości podróży.

Po dotarciu do miejsca startu-regaty zostały oficjalnie rozpoczęte. Rajd z prędkością ok. 4 km/h kwalifikuje się bardziej pod długodystansowy spacer po Bałtyku niż regaty z prawdziwego zdarzenia, lecz biorąc pod uwagę symboliczne doświadczenie naszej wesołej kompanii, emocji tak czy inaczej nie brakowało. Niestety-mniej więcej po dwóch dniach walki z chorobą morską i mechanicznymi usterkami różnej maści, Władca Mórz postanowił zakpić z nas po raz kolejny i zaserwował nam kompletną ciszę, sprawiając, że tafla Bałtyku była pomarszczona w podobnym stopniu co jezioro Głębokie w spokojne, letnie popołudnie. Przez kolejną dobę mogliśmy więc zakosztować zgoła mniej żeglarskich rozrywek w stylu grania w karty, nadrobienia zaległości czytelniczych, orzeźwiającej kąpieli w morzu na przywiązanej do jachtu smyczy, czy też połowów przy użyciu znalezionej żyłki i kuchennego widelca. W międzyczasie część załóg zmieniła swoje plany i ruszyła w innym kierunku, rezygnując z pojedynku, z powodu usterek, bądź po prostu zirytowania zaistniałymi warunkami pogodowymi.

Większość ekip jednak dzielnie trwała na posterunku, włączając w to zaprzyjaźnioną jednostkę o kryptonimie bojowym "śmiały", który (mimo awarii głównego żagla) dotrwał do oficjalnego ogłoszenia końca I etapu. Jednostki, które (z powodu uparcie trwającej ciszy na morzu) nie zdążyły do tego czasu przekroczyć linii mety, dostały zezwolenie na włączenie silnika, aby mogły spokojnie dopłynąć do Turku i uczestniczyć w atrakcjach zorganizowanych z okazji otrzymania przez miasto tytułu Europejskiej Stolicy Kultury 2011.

Załoga Floating Trippin' zawinęła w międzyczasie do szwedzkiego Visby, celem uzupełnienia paliwa oraz zwiedzenia tego uroczego miasteczka (słynącego m.in. z ruin XII-wiecznej fortecy) oraz nabrania sił przed kolejnym etapem podróży.

W piątek oczom naszym ukazały się pierwsze z licznych wysepek archipelagu Turku. Mijając położone wśród drzew i skał urokliwe domki, zbudowane z charakterystycznego dla skandynawskich regionów czerwonego drewna, mogliśmy w pełni docenić piękno dzikiej, północnej przyrody. Do Turku dotarliśmy wieczorem, zdobywając 3 miejsce w swojej klasie. Otrzymaliśmy również dodatkową nagrodę dla kucharza, dzielnie serwującego dania najdłużej przebywającej na morzu ekipie.

relacja 2

Po zawinięciu do Turku po raz kolejny nastąpić miała rotacja załogi. Wszyscy z niecierpliwością czekali na przyjazd Sambiego, który zastąpić miał Cyca, Stanka, Andrzeja i Kubę, którzy na Finlandii zakończyli swój rejs. Na miejsce przybyć miał również sam armator, aby dokonać niezbędnych napraw w szwankującym ciągle układzie paliwowym głównego silnika.

Sambi, poinformowany uprzednio o słynnych, skandynawskich cenach alkoholi, przyjechał na miejsce odpowiednio zaopatrzony, dzięki czemu sobotni wieczór na długo pozostanie w pamięci części niezmordowanej załogi. Właściciel jachtu natomiast spędził kilkanaście godzin rekonstruując "bajpasowy układ wtrysku paliwa" (czy coś w ten deseń) mając do dyspozycji kilka śrubokrętów, sfatygowanych kluczy i 3 w różnym stopniu niesprawne zapasowe pompy w magazynku. Biorąc pod uwagę determinację, z jaką naprawiał silnik przy użyciu tego zestawu, niewąptliwie zasłużył na gratulacje od samego McGyvera.

Pewni swego, ufając słynnym na cały świat zdolnościom Polaków do naprawy rakiety kosmicznej przy użyciu spinaczy biurowych, w niedzielę wyruszyliśmy na ostatni etap regat w stronę Gdyni. Zaczynał się on trwającą ładnych parę godzin paradą żaglowców, lawirujących między rozsianymi gęsto wysepkami okolicznego archipelagu. Sambi oddelegowany został do obsługi silnika-jako żeglarz najmłodszy stażem oraz osoba zatrudniona na co dzień w serwisie automatyki morskiej (drugorzędną sprawą był fakt, iż pracuje w biurze i jego pojęcie o silnikach nie wykracza poza okazjonalne dolewanie oleju do swojego leciwego Opla). Coż, po pięciominutowym kursie z zakresu budowy silnika i instrukcji jak należy odpowietrzyć pompę paliwa w przypadku nagłych stopów maszyny, zdobył sprawność "młodszego silnikowca" i karnie ruszył pod pokład, aby następne dwie godziny spędzić na wdychaniu rozgrzanych oparów ropy i oleju przy akompaniamencie ryku 120-konnego diesla tuż przy samym uchu. Traf chciał bowiem, iż silnik pierwszy raz zatrzymał się już jakieś 5 minut po starcie, po czym gasł z częstotliwością rosnącą w tempie wykładniczym. Z powodu dużego zagęszczenia jednostek, "Camelot" dwa razy cudem uniknął zderzenia z innymi statkami, a raz niemal wpakował się na przybrzeżne skały. Dodatkowych emocji dostarczał fakt, iż zamontowaną "na MCGyvera" dodatkową, elektryczną pompę paliwa włączało się przyciskiem, luźno kołyszącym się na dwóch kablach z niezaizolowanymi końcówkami. Każdy kontakt z dowolnym metalowym elementem (a tych było w okolicy sporo) wiązał się z wystrzeleniem obfitego snopu iskier, prosto w stronę rozgrzanego do dobrych 90 stopni silnika, pokrytego ropą i olejem tryskającymi z nieszczelnych zaworów, prosto w stronę szczerze przerażonego Sambiego, w panice próbującego uniknąć śmierci w ogniu.

Humoru załogi nie poprawił nawet wiecznie wyluzowany Jacek, gdy stwierdził: "I czego sie podniecasz? Przecież ropa się od samej iskry nie zapali". Mimo wszystko jakoś nikt nie miał ochoty sprawdzać tego empirycznie.

Po 2 godzinach nierównej walki z maszyną, załoga jednogłośnie podjęła decyzję o zatrzymaniu się w najbliższym porcie i zabraniu się za dalszą naprawę rankiem następnego dnia. Wieczór natomiast postanowiliśmy przeznaczyć na znalezienie osób, które mogłyby nam pomóc. Z niewyjaśnionego do dziś powodu uznaliśmy, że najprędzej znajdziemy ich na zacumowanej niedaleko krypie przerobionej na tawernę. Efektem było sprowadzenie ferajny bardzo wesołych Finów na pokład łódki, aby umożliwić im lepsze przyjrzenie się problemowi. Po dzień dzisiejszy nie wiadomo również, czy którykolwiek z nich naprawdę miał coś wspólnego z mechaniką (o ile dobrze pamiętam-jeden z nich widział kiedyś silnik, bo jego ojciec miał na farmie traktor, lecz na tym kończyło się chyba jego doświadczenie). Niemniej-spotkanie było na tyle udane, iż jeden z imprezowiczów, postanowił dołączyć się do załogi na stałe, bo w czymś tak szalonym udziału jeszcze nie brał. Po oznajmieniu z rana szefowi, żeby nie spodziewał się go w pracy, dołączył do grupy straceńców, próbujących wszelkimi siłami zaczarować niepokorny blok metalu.

W tym momencie należy się kilka słów podziękowania "grupie trzymającej władzę" w mieście Nagu. Nie co dzień zdarza się bowiem, aby ekipa, która przypłynęła totalnie bez grosza jachtem, który uparcie nie chce płynąć, miała możliwość nie tylko cumowania za darmo przy kei przez dowolną ilość czasu, ale dostała również nieograniczony dostęp do lokalnej infrastruktury sanitarnej w postaci pryszniców, toalet i sauny. Określenie "fińska gościnność" nie istnieje jeszcze co prawda w języku potocznym, niemniej załoga Camelota miała okazję zaznać jej w całej rozciągłości.

3 następne dni strawione zostały na bezowocnych próbach naprawy chimerycznego układu paliwa. Fakt, że naprawa silnika, nie mając pod ręką części, fachowych narzędzi, opierając się jedynie na wiedzy zdobytej w trakcie dwutygodniowego rejsu z parą motocyklistów, już na starcie wydaje się zadaniem co najmniej karkołomnym. Ale cóż zrobić- wszak znani jesteśmy z tego, iż rzeczy łatwe nas nudzą, a dawka adrenaliny motywująca do jakiegokolwiek działania pojawia się dopiero w sytuacjach, przy których zdrowi na umyśle ludzie dawno by się poddali.

Niestety-Przemkowi i Jackowi, siedzącym nad silnikiem po kilkanaście godzin dziennie nie pomogły nowe węże, uszczelki, rytualne tańce ani prastare, łacińskie zaklęcia (głównie te zaczynające się na litery "k...", "j..." oraz "p..."). Przy każdej próbie wypłynięcia silnik pokazywał, że nie da tak łatwo się pokonać, doprowadzając do kolejnych ciekawych usterek, takich jak spalone bezpieczniki, czy zespawana od zbyt dużego prądu stacyjka włączająca maszynę.

W końcu po trzech dniach i wyczerpaniu wszystkich sensownych (i bezsensownych) możliwości załoga musiała wywiesić białą flagę. Sambi, Aga i Łukasz musieli wracać samolotem do domów, z przyczyn "zawodowo-edukacyjnych". Na statek zawitał natomiast drugi właściciel jachtu-tym razem odpowiednio wyposażony w narzędzia, presostaty i inne tajemnicze urządzenia, które miały zmusić niepokorny silnik do pracy. Szczęśliwie wreszcie się udało i Camelot, w dzień oficjalnego zakończenia regat udał się w powrotny rejs do Polski, który odbył się już bez przykrych niespodzianek.



fanpejdż festiwalowy - zostań fanem

KONTAKT - koordynatorzy projektu: Marek Szymański, Adam Kmieciak